Kolejny raz podejmując się swoistej oceny filmu, chciałbym odnotować wcześniej sposób jego reklamy, ponieważ w dużej mierze nie sam film, a jego reklama decyduje o popularności i jego pozycji w box office. Podobnie jak ewoluuje kino, tak zmienia się reklama. Nie ogranicza się już do dbania o swoją wielkość i częstotliwość "stręczenia" widza, a ucieka (szczególnie ostatnio) do podstępnych chwytów. Spostrzegłszy się, że widz to istota przez kino doświadczona reklama korzysta z manipulacji słownych. Szafuje znanymi nazwiskami, korzysta ze sprawdzonych haseł. Do wypromowania czegoś nowego używa starych autorytetów. W taki sposób zrodził się "Najnowszy film Petera Jacksona", który Jacksonowi zawdzięcza najprawdopodobniej jedynie możliwość posługiwania się jego nazwiskiem. I kiedy po seansie widz postanawia odszukać nazwisko geniusza kina, miga ono jednorazowo przy okazji tabliczki z napisem "producenci" (tak, Jackson nie jest jedynym). Kolejny więc raz reklama serwuje swojemu adresatowi cios poniżej pasa. Czasem jednak jeden warto przyjąć...
dyst. ITI Cinema
Choć film nie zdążył jeszcze zaistnieć, bo przecież w dalszym ciągu czekamy na jego oficjalną premierę i opinie tych najważniejszych z widzów, którzy napełniają kasy biletowe, to ośmielę się stwierdzić, że "Dystrykt 9" będzie pozycją wyjątkową, a nawet już jest jeśli weźmie się pod uwagę to, jak prezentuje się na tle kina. I nie chodzi tu bynajmniej o jego aspekt techniczny. Upraszczając - nieważnym wręcz będą jego efekty specjalne oraz to jak wizualnie prezentuje się jako nowy, efektowny film z rodzaju science-fiction. Unikatowym będzie to w jaki sposób odnosi się do doskonale znanego filmowego motywu.
dyst. ITI Cinema
Oto mamy przypadek, który wałkowaliśmy sto razy. Na ziemię przylatuje UFO, a wraz z nim obcy. Zanim cokolwiek się jednak wydarzy odnotować trzeba gdzie to UFO wylądowało. Otóż nie jest to jak zawsze, ze stuprocentową frekwencją USA, a stolica Nigerii - dla przypomnienia, kraju położonego w centrum Afryki. I co tam się dzieje? Monstrualnie, choć człekopodobnie wyglądający Obcy zostawiają swój statek kosmiczny zawieszony w powietrzu nad Johannesburgiem i w dość pokojowych nastrojach schodzą sprawdzić gdzie dolecieli i zabawić się. Jako, że są dość niegrzeczni ziemianie spuszczaja im łomot i osadzają w swoistym getcie, zwanym tytułowym Dystryktem 9. Schemat zostaje więc wywrócony do góry nogami. Najeźdźcy z kosmosu, którzy stwarzali regularnie w kinie zagrożenie tutaj okazują się bezbronni, co więcej, stają się ofiarami.
Jednym z głównych stręczycieli Obcych jest niejaki Wikus Ven Der Merwe. Zwykły człowiek z żoną i dzieckiem, pracujący dla firmy Multi-National United. Jego aktualnym zadaniem jest przesiedlenie Obcych do specjalnie stworzonego obozu, co zapobiegłoby dalszym rozróbom tych stworzeń z kosmosu nazywanych przez ziemian pogardliwie "krewetkami" (to tak bodaj od wyglądu). Kiedy Wikus przez przypadek wylewa na siebie chemiczną substancję wyprodukowaną przez jednego z Obcych i powoli zmienia w "krewetkę" film z infantylnej komedii zmienia się w dramat sensacyjny pełen pościgów i walk. Tak też rodzi się podstawowa idea filmu i łatwy sposób na ciekawe przesłanie. Oto ziemianie ścigający jednego ze swoich pobratymców do celów badawczych stają się ousobieniem prawdziwego zła, źródłem strachu i zdają sie przypominać psa próbującego złapać się za ogon. To nie Obcy bowiem stają się zagrożeniem dla nas, to my sami stanowimy dla siebie zagrożenie. "Dystrykt 9" można więc rozpatrywać szerzej, aniżeli jedynie bardzo przywoite kino akcji. Nieco naciągane momentami, ale bardzo przyzwoite.
dyst. ITI Cinema
Pomimo, że o "Dystrykcie 9" piszę jako o wielowymiarowej nowości nie jestem się w stanie pozbyć złudzenia, że ów film przypomina mi bardzo jedno z najdoskonalszych osiągnięć Ridleya Scotta. 8 lat temu nakręcił on bardzo przełomowe dzieło nazwane "Helikopterem w ogniu", które do kina wojennego wprowadziło ogromny powiew świeżości. Pan Scott postanowił wówczas obdarzyć widza perspektywą jednego z żołnierzy zestrzelonego helikoptera. Użył do tego kamery "z ręki", do roli aktorów zaangażował prawdziwych żołnierzy nie mających wcześniej z filmem nic wspólnego. Użył też bardzo charakterystycznej, przejmującej muzyki, która w spektakl z pozoru na żywo wstrzykiwała ogromną, poetycką dramaturgię. I choć nie identycznie zachowuje się Neil Blomkamp jako reżyser tego filmu, to masa rzeczy wydaje się być do złudzenia podobna. Hipnotyczna muzyka zdaje się być wręcz jak z filmu Scotta, aktorami nie są co prawda naturszczyki, lecz również świeże twarze, zaś efekt obrazu "na żywo" reżyser uzyskuje poprzez imitację telewizyjnych wiadomości. "Dystrykt 9" zdaje się być rejestracją na żywo przerywaną przez głównego bohatera wstawkami w rodzaju: "wyłącz kamerę!" bądź "to się wytnie!". Zadać jednak można pytanie: co z tego podobieństwa, co z tego, że na żywo? Otóż w takiej konkretnej formie podobnie jak w filmie Scotta, tak i tu łatwiej o identyfikację z głównym bohaterem. Historia widziana jest oczyma Wikusa. To on staje się ofiarą, to on musi uciekać, to on musi szukać wyjścia, a złudzenie obrazu "na żywo" dodaje tempa akcji. Tym bardziej ważnego, że chodzi o wyścig z czasem.
dyst. ITI Cinema
Jeszcze jednym wspólnym motywem "Dystryktu 9" i wspominanego filmu Scotta jest wybawienie. Jeden z podstawowych i najbardziej atrakcyjnych tematów kina akcji. Jednak kiedy w "Helikopterze w ogniu" w końcu do niego dochodzi, tak w filmie Blomkampa o nie wcale nie tak łatwo i niekoniecznie musi być czymś osiągalnym. Wówczas krystalizuje się wizja nowego filmu sciencie fiction z prawdziwie ambitnymi zamiarami. W dodatku w niekonwencjonalnej jak dotąd formie. Nie jest to może przesycony psychologią "Łowca androidów" XXI wieku jak piszą (też Scotta akurat), ale choćby jedno z pierwszych światełek w ciemnym tunelu na drodze współczesnego kina Hollywoodu.
Ocena: 4/5 autor: Rafał Kaplita